Gospodyni widząc, jak smerda cierpiał, przyszła mu szepnąć, że może by potrafiła rękę mu lepiej opatrzyć i zawinąć. Poszedł więc z nią smerda do ognia i ranę swą pokazał. Była ona tak widocznie pociskiem zadana, iż kłamstwo się wydało zaraz, lecz staruszka popatrzywszy mu w oczy nie powiedziała ni słowa.
Chwostek, nawykły do mocnego napoju, co mu podano, wnet pochłonął; trochę odwagi wstąpiło weń. Popatrzał na Piastuna, który z niego nie spuszczał oczów.
- Kmieciem jesteście? - spytał na ostatek Chwostek gospodarza.
- Jak mój ojciec i dziad - odparł syn Koszyczków spokojnie.
- My to stąd dalej trochę siedzimy - mówił niewyraźnie Chwostek - nie bardzo wiemy, co się u Gopła dzieje... niepokój pono między wami?...
Piastun popatrzał nań długo.
- Jeśli jaki jest - rzekł - myśmy nie winni. - Mówią, że się kmiecie burzą?
- Przy swych prawach stoją - odparł Piastun. Chwostek zamilkł.
- Kneź też pewnie przy swoich obstaje - dodał spode łba patrzając. Gospodarz zdawał się namyślać z odpowiedzią.
- Jeżeli wy do kmieciów należycie - odezwał się - wiecie, że czasu wojny posłuszeństwo im należy, poszanowanie zawsze, a gdy pokój panuje, my po mirach samiśmy się rządzić nawykli z wieka. Tak było i tak będzie, a kto nasze wolności naruszy...