Jadący przodem młodszy twarz miał piękną, jasną, wypogodzoną, uśmiechniętą prawie mimo znużenia. Drugi, starszy nieco, surowszego oblicza, zahartowany znać życiem, chłodno i spokojnie a bezpiecznie patrzał, choć stał wpośród obcych, jakby pewien był, iż mu się nic złego stać nie może.

Było to tym dziwniejszym, że w okolicy mijać się ciągle musieli zapewne z podrażnionymi garściami kmieci i dworni kneziowskiej, równie obcym przybyszom niechętnej. Poruszenie, jakie panowało w tym kątku, nie zdawało się ani dziwić, ni trwożyć dwu podróżnych.

Stanąwszy u zagrody, popatrzali na nią, na Piastuna i szeptali naradzając się z sobą.

Wreszcie pierwszy z nich z konia zlazłszy, z wesołą twarzą, powolnym krokiem podszedł ku Piastunowi i pozdrowił go w języku, który choć nie był lechickim, brzmiał swojsko i zrozumiale w uchu starca. Wędrował on niegdyś po świecie i wędrownych braci spotykał, poznał mowę, której Serby, Morawianie i Czechy używali.

- Jesteśmy podróżni z daleka - odezwał się - cny gospodarzu, potrzebujemy schronienia ku nocy. Tam - wskazując na gród, dodał - tam próżnośmy o gościnę u wrót prosili, precz nam kazano iść... Trafiliśmy na kraj wzburzony, na ludzi jakąś waśnią zajętych, dwory puste i chaty... prosimy was o gościnę... o dach tylko nad głowy nasze...

  WQGXKZM WQQPXVM WQZGPVM WJXGGBM WJVKZBM