Lecz inaczej już nie było można poczynać. Wici ogniste zwołały kraj i każdy szedł z tym, że nie spocznie, dopóki stare prawo znowu panować nie będzie.
Gdy tak gwarzyli starzy, z gaju sąsiedniego niewiasty i dziewczęta ozwały się chórem z pieśnią postrzyżyn, której, zamilkłszy wszyscy, słuchali.
Pieśń to była tak stara, że ją już teraz pokolenia młode nie bardzo zrozumieć mogły, wspominała o bóstwach zapomnianych i ofiarach, których już czynić nie umiano. Wzywała słońca jasnego, aby promień szczęśliwy zesłało na głowę chłopca; rosy, aby go oblała i rość mu pomogła; wody, aby go napoiła życiem i męstwem; ziemi, aby w niego wlała ducha, aby rosnął dąb, świecił jak gwiazda, jak orzeł padał na wrogów... Precz potem odżegnano duchy czarne, uroki i złe wszelkie od niego; wołano: Łado! Łado! Klaskano w ręce i matka uwity wedle zwyczaju wianek z ziół zdrowie dających i szczęście przyniosła i włożyła na głowę postrzyżonemu. Spleciony on był z dziewięciosiłu, smlotu, dziewanny, rosiczki, wrotycza, bylicy i gałązek jemioły.
Zaledwie pierwsza się pieśń skończyła, gdy tuż inne weselsze się poczęły, i niewiasty, trzymając się osobno, chórem je zawodziły po kolei.
Na koniec wstał ojciec i ująwszy chłopaka za rękę wszystkich razem prosił, by szli z nim na żalnik, duchy dziadów pozdrowić i ofiarę im (obiatę) postawić na mogiłach. lecz gdy się obejrzano za obcymi, aby im dać w pochodzie miejsce poczestne i szukano ich dokoła, nigdzie ich znaleźć nie było można. Znikli zostawiwszy tylko na stole w izbie podarek dla Ziemowita, krzyżyk świecący jak złoto. Reszta więc starszyzny niosąc na miseczkach ofiary udała się w górę na żalnik.