Czasem, gdy staremu przyszła fantazja, lepił sobie małe naczynka, które się nikomu na nic nie zdały, a tracił nad nimi dnie całe, gładził je a muskał, smarował, drewienkami koło nich dłubał i wypalał je osobno - a potem je nie do szopy stawił, ale w chacie u siebie i nikomu ich nie dawał. Mówili nawet ludzie, że dziecinniał, bo się nimi czasem bawił jak dziecko, do ręki je brał, obracał, okurzał, patrzał i uśmiechał się do nich. Ledwie że nie gadał z nimi. Choć tam sobie z niego szydzono może, on wcale nie zważał na to.
Tego dnia - a było to wprzódy, niżeli się miry z kneziem zadarły, jakoś po Kupale, Mirsz odpoczywał u brzegu jeziora pod wierzbą starą.
Drzewo to nie wiadomo dlaczego z dawna polubił. Wyrosłe było wysoko i dosyć cieniste, a u spodu pień mu się spękał wniwecz i rozdzielił na dwoje tak, że w środku między dwoma połowami siąść było można wygodnie. Chodziły gadki, że tam jakieś duchy mieszkały i nocami wietrznymi w tej dziupli głosy dziwne słyszeć się dawały. Mirsz przecie na to nie zważał i siadał w niej zaciszno - dla odpoczynku. Tam sobie córce czasem mleko przynosić kazał, a niekiedy się zdrzemał głowę sparłszy o drzewo.
Tego też dnia na jezioro patrząc zdun stary, ręce złożywszy, tu siedział, spoglądając ku piecowi. Ludzie do czółen ciągnęli mimo i jedni mu głowami kłaniali, drudzy, tylko popatrzawszy nań, szli sobie dalej. Słońce dopiekało, pszczoły i muchy unosiły się w powietrzu brzęcząc, wiatr był ucichł, jezioro się wygładziło i świeciło blaskiem takim, że na nie spojrzeć nie było sposobu.