Wtem kilku konnych nadjechało. Stary popatrzał na nich, bo ciekaw był wszystkiego, ludzi, koni, chmur na niebie i robaczków na piasku. Naturę miał taką. Jechał kmieć, czeladzi kilkoro go otaczało. Gdy z konia zsiadł, zaraz mu go wzięli, a że czółna w pogotowiu u brzegu nie było - stał więc i czekał. Hukano na przewoźnika
Ten jeszcze daleko był od lądu, podszedł więc kmieć do starego i pozdrowili się. - Co tu porabiasz, stary? - spytał przybyły.
- A wy? - była odpowiedź.
- Ja na Lednicę jadę do chramu.
- Ja i bez chramu duchy mam wszędzie - odparł stary. - Skąd wy, żupanie? Młody wędrowiec ręką wskazał na lasy, za jezioro.
- Jestem Doman - rzekł. Stary się nań popatrzał.
- A ja zdun Mirsz jestem - odpowiedział. Nastało milczenie.
- Wywróciliście też wieżę nad Gopłem i knezia z nią? - zapytał Mirsz - bo coście się, słyszę, wy na niego, a on na was zawzięli?
- Jeszcze nie - odparł Doman.
- I bez knezia myślicie być? - mówił stary. - Pszczoły w ulu i dnia bez matki się nie ostoją!
- Pewnie - rzekł Doman. - Jednego wypędzim, a drugiego wybierzemy, aby zgoda była.
- Zgoda!! tak! - odparł zdun - trzeba, żebyście ją sobie ulepili. Róbcie jak ja: glina się rozpada, a wody domieszawszy, garnek się z niej ulepi. Poszukajcie tej wody!