Uśpione towarzyszki zerwały się z siedzeń swoich, nie mogąc rychło oprzytomnieć, a tuż Doman podbiegłszy z ziemi ją podnosił wziąwszy na ręce.
Dziwa otworzyła oczy i zamknęła je natychmiast, przerażona, rękami usiłując go odepchnąć od siebie. Widziała teraz dobrze, iż duchem nie był - ale ją trwoga ogarniała, aby nawet u ołtarza zemsty nie szukał.
Doman na krzyk jej rozpaczliwy cofnął się i stanął z dala. Chwilę trwało milczenie, dziewki przyrzucały pośpiesznie łuczywo, ogień zaczął płonąć jaśniej; Dziwa z trwogą ciągle patrzała na stojąco u wchodu Domana.
- Nie obawiaj się - rzekł - nie uczynię nic złego, zemsty nie szukam. Chciałem widzieć ciebie i pokazać, że żyję. Po to tu przyszedłem tylko.
- Wnijdź, proszę - odpowiedziała wstając dziewczyna, której przytomność powróciła - Wyjdę za chram, powiem wam wszystko, ja nie jestem winna. Posłuszny Doman cofnął się, zasłona spadła Dziwa siedziała chwilę, dłonią czoła potarła, poszła się napić wody ze świętego źródła, poprawiła wianek i włosy - z wolna uchyliła oponę i wyszła.
Opodal, za dwoma typami malowanymi stojąc, Doman czekał na nią u kręgu kamieni. Z dala go zobaczyła, blady był jeszcze, ale w oczach mu już dawne życie świeciło.