Powoli z obawą zbliżyła się ku niemu dziewczyna.
- Możecie zabić mnie zaraz, tu - odezwała się - tak jak ja chciałam was tam zabić, bronić się nie będę. Porwać się dać i żyć z wami nie mogłam. Dawno, w dzieciństwie, ślubowałam bogom i duchom.
Patrzał na nią Doman smutnie, znajdował ją teraz piękniejszą jeszcze, niż dawniej była.
- Dziwo - rzekł - życie to takie jak śmierć, a bogi i duchy... Nie śmiał dokończyć.
- Co po życiu bez ludzi? - dodał pomilczawszy - u mnie byście znaleźli inne, dom swój, rodzinę, obronę i wszystkiego dostatek... Któż by wam bronił u źródła ofiary czynić albo na rozdrożu u świętych kamieni i z duchami rozmawiać?
- Duchy są zazdrosne jak ludzie - odezwała się Dziwa, ciekawie, nieśmiało wpatrując się w Domana - duchom a ludziom razem służyć nie można. Wianek mój do nich należy.
Chciał się kmieć przybliżyć nieco do niej, ona się cofnęła, ale z oka go nie spuszczała. Człowiek ten, którego ona zabiła, a który żył, obudzał w niej dziwne uczucie - żal i litość, i obawę.
- Nie miejcie do mnie talu - mówiła - ja sama nie wiedziałam, com czyniła, a bronić się musiałam. Jeżeli zemsty chcecie za krew waszą, weźmijcie miecz i zabijcie mnie tak, abym się nie męczyła, a odpuśćcie braci mojej i rodowi mojemu. Ja się umierać nie boję - dodała - z duchami pójdę błądzić po wiecznie zielonych lasach i łąkach i pieśni zawodzić.