Jedli tedy a rozmawiali. Gdy misek już przynosić ani zabierać nie było potrzeba, młoda gospodyni, z komory uchyliwszy trochę drzwi, patrzała niby ukradkiem, czy ojciec jej nie zawoła, a w istocie coraz to na młodego żupana z ukosa.
- Wziąłbyś mnie sobie - mówiły figlarne oczy - ja bym się nie bardzo broniła.
Mrok już padł szary i gęsty, gdy Doman poszedł do szopy na posłanie. Mirsz stary córkę wywołał z komory i pogroził jej palcem.
Ty, dzierlatko jakaś - rzekł surowo - co ty oczyma strzelasz na takich ludzi? On nie z takich, co garnki robią, ale z tych, co je tłuką, tobie do niego nic.
Nie patrzałam!
- Patrzałaś! Tobie co po nim? U niego takich, jakeś ty, doma pewnie ze sześć do wyboru, czy chcesz siódmą być?
Bystrymi oczyma Mila spojrzała na ojca, groził jej ciągle.
- Jutro rano, gdy będzie odjeżdżał, żebyś mi się nie pokazywała! - dodał - pamiętaj
Poszli spać. Nazajutrz Doman wstał rano, konie stały pogotowiu, usiadł na ławie.
- Coś mi się pod skwar jechać nie chce - rzekł chmurno.
- Poczekajcie do jesieni, przyjdą chłody - odparł zdun - ja wam nie bronię.
Nic nie odpowiedziawszy kmieć powlókł się nad jezioro. Czółna stały u brzegu, kazał się na ostrów wieźć, pojechał do chramu.
Mila widząc go wychodzącego pobiegła pod tyn, spojrzała przez szpary na pół się zgiąwszy, aby jej nie widziano, śledziła go oczyma. Ojciec to widział, zżymnął się, zmilczał. Czółno odbiło od brzega.