Dziwa też wyszła i śpiewać poczęła, sama nie wiedząc co - ot, jakąś dawną, w dzieciństwie słyszaną piosenkę.
Zza drzew widać było chodzącego Domana, kury z dala kręcił się między gromadami ludzi, zrywał liście, gryzł je - i rzucał. Potem położył się na trawie, pół drzemał, na pół czuwał. Nie wiedział, co robić z sobą.
Wizun, który się między gromadami przechadzał, nadszedł i stanął nad nim. - Ty tu jeszcze? - spytał.
- Sam nie wiem, jak się przywlokłem - rzekł Doman. - Gdzieżeś nocował?
- U zduna, który ma dziewkę ładną.
- Weźże ją, a nie chodź darmo około tej, która cię nie chce. - Nie zechce może i tamta!
- Zdunowa dziewczyna za żupana? - rozśmiał się stary Wizun. - Ot, wieczór bliski - dodał - wracaj nazad do Mirsza, tak lepiej.
Doman ziewnął, przeciągnął się, wstał, posłuchał, padł do czółna i popłynął, a po drodze myślał:
Stary zna, co robić trzeba, lepiej oszaleć jak się truć.
Gdy czółno przybiło do brzega, stary Mirsz siedział w swej wierzbie, wychylił się z niej.
- Przez cały biały dzień nie jadłem nic prócz liści, jak koń - odezwał się Doman - głodny jestem jak pies. Ojcze, ulitujcie się jeszcze dziś, dam wam skórę niedźwiedzią na posłanie, będziecie po kneziowsku na niej odpoczywać.