- Swaty trzeba słać, ojca trzeba prosić, inaczej nie pójdę z domu, nie pójdę inaczej!
Rano po deszczu i burzy oślizło po drogach, kałuże stały wielkie, ze strzech ciekło, strumienie wezbrane biegły do jeziora, po niebie wałęsały się chmury, białe górą, szare dołem. Zbierało się na pluchę, słońce piekło, choć go widać nie było.
- Ojcze Mirszu - ja dziś do domu nie pojadę; drogi grząskie, koń się ślizga. - Czekajcie do zimy - odparł stary - jak mróz chwyci, będzie sucho. Doman został. Siadł nad jeziorem i dumał. Mila przez tyn wyglądała; stary Mirsz w wierzbie coś mruczał. Nad wieczorem podszedł kmieć ku niemu.
- Ojcze stary - rzekł - gdybyście mi swatów nie odpędzili z grochem, tobym wam ich przysłał.
- A wiele żon masz? - zapytał stary. - Żadnej.
Mirsz nań popatrzał.
- Córka moja pieszczona, biała, godna i żupana, na żonę ci ją dam, inaczej nie. Ślijcie swaty uroczyste po obyczaju starym.
Doman się skłonił.
- Do domu jadę, drużby uproszę. Zgoda, stary gospodarzu?
Zmierzchało dobrze, gdy się ta rozmowa toczyła. Doman coś nucić poczynał, na duszy mu było weselej i myślał:
Hej, Wizunie stary, będzieli to lek czy trucizna? Inną biorę, a o innej myślę, gdzie indziej swaty, a serce gdzie indziej!
Wtem stary Mirsz palcem ukazał na bory.
Nad borami, nad lasami gorzały łuny, jedna, dwie, dziesięć, na wsze strony. Doman spojrzał i krzyknął:
- Ogniste wici!
Nadbiegła czeladź jego wołając: - Wici ogniste!
Ruszyło się, co żyło, a Doman w podwórko nie postrzeżony skoczył pod okienko komory i zapukał.
- Dziewczyno! malino! bywajże mi zdrowa! Ogniste wici na górach płoną, na wojnę muszę. Jak z wojny powrócę, to ci przyślę swaty. Ojcum się kłaniał i prosił - będziesz moją!
W okienku czy śmiech, czy płacz się dał słyszeć, może razem oboje?
- O miły mój, miły, sokole jedyny, wróć mi cały z wojny! W oknie siedzieć będę, w niebo patrzeć i płakać, póki z wojny nie wrócisz, póki swaty nie przyjadą. - Na koń! - krzyczał Doman do czeladzi - na koń! Bądź zdrów, gospodarzu, dziękujemy za gościnę, nie czas odpoczywać, gdy ogniste wici płoną. Zdrowi bywajcie wszyscy!
Zatętniało, zaszumiało, ruszyli czwałem, a przed chatką stał Mirsz stary i patrzał na łuny, stała Mila z rękami załamanymi i płakała coraz to fartuszkiem ocierając łzy. A zza łez widać było uśmieszek i serce biło, biło - biło.
- Powróci! Powróci! Swaty przyjadą. Moim być musi.