ROZDZIAŁ 21
Na wieży, na wierzchołku stała...
Na wieży, na wierzchołku stała pani biała, patrzała dokoła; wieczór był, ten sam wieczór, którego zapalono wici ogniste. Jeszcze na zachodzie słońce po sobie zosta-wiło czerwoną łunę, dokoła lasy i doliny spać się zdawały.
Kneź za nią, oparty o mur, poglądał na gród pod nogami, na chodzących po wałach ludzi, na smerdów, co sprawiali drużynę grodową, na jezioro, w którym daleko łuna się niebieska odbijała. Nie widać jeszcze było nic... nic...
Poza kneźną dwoje chłopaków prawie równych wzrostem stało. Widać z nich było, spojrzawszy, że z obcego przybyli kraju. Suknie mieli z sukna cienkiego i inaczej szyte, obuwie ciężkie i mocne, u boku po mieczu długim każdy. W oczach im się jeszcze młodość śmiała i życie, ale dziko jakoś i zwierzęco. Na wojaków wyglądali, choć młodzi, na drapieżnych i chciwych łupu wojaków.
Właśnie tego dnia zarania, gdy u wrót kładziono zaborole, nadjechali dwaj chłopcy, przebrani w proste gunie, na nędznych koniach i do zamku się prosili. Tu ich puścić nie chciano, aż wyszedł starszy smerda, popatrzał, krzyknął i kazał kłody odwalać a prowadzić ich do wnętrza, zdyszany, radując się i łamiąc ręce.
Wwiódł chłopaków do świetlicy. Kneź leżał na ławie, bo tej nocy spać nie mógł