- Groźby chodzą po polu, po dworach się gotują, po chatach zbierają... kmiecie mruczą. Myszkowie od zagrody do zagrody biegają.
Powrócił drugi około południa, prawił toż samo; trzeci nad wieczorem i oznajmił, że na noc przyjdą wici ogniste.
Chwostek się rozsierdził i do wieży go zamknąć kazał.
- Łże niepocziwy, kmiecie go przekupili... Nie będą śmieli wici ognistych zapalić, a zapalą je... ja na wieży stos każę zażegnać, bo się ich nie boję.
Kneźna padła mu do nóg.
- Panie miłościwy! dzieci nazad odprawcie, niech jadą. Dać im czółen, odprawić daleko... niech jadą do dziada i burzę przesiedzą, kto wie, co nas od tej czerni czeka...
Płakała i prosiła. Chwostek się gniewał. Odłożono wyprawę do wieczora.
Stali teraz wszyscy na wieży i czekali a patrzeli, ukażą się-li wici ogniste. Chłopcy między sobą szeptali:
- Niechby wojna była! Uprosimy ojca, matki, zostaniemy z nimi i krwi się kmiecej napijemy... Niech znają, jak u Sasów wojują...
Nad lasami, dolinami cisza była i ciemności; patrzeli z wieży, tylko zorza po słońcu gasła i w jeziorze odblask jej blednął. Chwostek powtarzał:
- Czerń plugawa!... Nie będą śmieli!...
Wtem nad lasy, nad dolinami zarumieniło się coś na chmurze, która górą płynęła, trysła jakby plama krwista... i znikła... kłębami buchnął dym czerwony, a za nim płomię żółte wspięto się wysoko. Pierwszy stos zapalono...