Wpadli na powracającego wszyscy, gdzie był. Począł opowiadać, co się z nim działo, oni mu też - jak ich już powracających, z lasu wybiegłszy Doman z ludźmi napadł i mimo oporu Dziwy, co go przekleństwy i łzami odstraszyć chciała, na koń ją rzucili i unieśli. Ludka, który jej bronił, uderzył jeden po głowie oszczepem, innym się też razy dostały.
Jeszcze spór trwał o to, kto winien, że dziewki nie obroniono, Ludek chciał zgromadzić swoich i napaść na dwór Domana, aby się pomścić gwałtu i zniewagi, choć drudzy go odwodzili tym, iż zwyczaj był nieraz żony porywać, a gdy pochwyconą została, nie godziło się jej odbierać, gdy we wrotach ukazała się - Dziwa!
Krzyk wyrwał się z piersi niewiast, które gromadą ku niej pobiegły.
Stała z twarzą płomienistą, niemal krwawą, na koszuli widać było też krwi bryzgi; konia za uzdę trzymała, który ją tu przyniósł. Wianek jej w drodze ze skroni spadł, odzież miała zmiętą i zszarzaną, w oczach błyskał ogień straszny. Stanęła przed chatą, milczała, zdawała się na pół obłąkaną.
Rzucili się ku niej, wołając: - Dziwa!
Siostra padła wieszając się jej na szyi i płacząc. Dziewczę długo jeszcze drżące słowa nie mogło wymówić.
Sambor otworzył jej wrota i z lekka cugle konia wziął z jej ręki.