- Ludzie, na wały! kto żyw! - zakrzyknął - most spalić!

Rzucili się wnet ludzie za wrota, do mostu, niosąc smołę i łuczywo. Podlano pale smołą. Smerda sam na cztery rogi ogień podłożył, a ludzie z mostu uciekać zaczęli do grodu, za zaborole.

Mrok wieczorny już w dali nic widzieć nie dawał, aż płomię się rozpostarło i sycząc dyle poczęło obejmować, a podniosło się i buchnęło do góry. W czerwonych blaskach ukazała się wieża i dwór, i cała okolica daleka; strugi ognia popłynęły po jeziorze. W dali nic już widać nie było, cisza wkoło, tylko trzask palących się belek i dym czerwony ku obłokom się kłębił wysoko jak druga wieżyca.

Smerdy kazali most walić kołami, aby się zapadł i obalił prędzej. Z trzaskiem zaczął padać do wody, kłody dymiące, na wpół spalone sycząc się po falach toczyły. Łodzie i czółna od brzegów ściągano do grodu i chowano w okopie. Ruch na zamku panował. Chwostek w boki się wziąwszy patrzał. Czoło mu się marszczyło tylko i usta przeklinały cicho ród jaszczurczy.

Powoli dopalały się pale, ogień przygasł, ciemność po nim wydała się czarniejszą, noc nieprzejrzaną. Co się w tych martwych kryło ciemnościach, któż mógł odgadnąć?

Stał długo zdrętwiały jakby Chwostek, potem się ruszył nagle, odzyskując życie, na ludzi krzyknął. Począł wydawać rozkazy.

  WJZQJKM WJXYJJM WJVVXVM WQQBKKM WQZGGBM