Z wolna poczęła iść ku chacie nie patrząc na nikogo, ledwie uścisnąwszy siostrę, która ją pocałunkami okrywała. Doszła tak do przyzby, padła na nią, ręce opuściła i załamała.

Obstąpili ją wszyscy kołem.

- Dziwa, jakżeś ty mu się wyrwała?

Nie mówiła długo nic. Żywia jej w kubku świeżej wody przyniosła; napiła się, westchnęła, z oczów puściły się łzy.

Sambor coś szeptał patrząc na konia. Był to koń Domana; po sierści jego jasnej płynęła struga krwi przystygłej.

Dziewczyna siedziała zamyślona, to ręką wodząc po czole, to coś szepcząc sama do siebie i uśmiechając się smutnie.

- Tak chciał! - zawołała nareszcie. - Zamiast Dziwy... Nija mu się dostała.. Tak chciał... Jam zabiła Domana... Po ca mnie brał siłą?...

Spojrzała na brata marszcząc brwi.

- A wy! coście mnie obronić nie umieli... jam się lepiej potrafiła. Od świętej góry do Domanowego dworu daleko... Ujął mnie wpół i cisnął... konia siekł... lecieliśmy czwałem... krzyku mego nikt nie słyszał... Chciałam mu wydrzeć oczy, ręce miałam jak połamane... drgały mi z gniewu i złości... Śmiejąc się uspokajał. Mieczyk mu błyszczał u boku... zobaczyłam go. Zmilczałam przyczaiwszy się... Jemu się zdało, że mnie ugłaskał... Milczałam, jedno drugiemu patrzeliśmy w oczy... Jak dziecko bawił mnie obietnicami... słuchałam. Koń ustając zwolnił biegu. Mieczyk mu świecił u boku... Do dworu było daleko... Mówił, że mnie miłował i dlatego gwałt uczynił... Patrzałam mu milcząc w oczy... Mieczyk drżał pod moją dłonią... Schylił się, chcąc pocałować... nie krzyknęłam... nóż miałam w ręku. Do zagrody było daleko, gdym mu mieczyk w piersi wbiła... jego własny... Chwycił za piersi rękami i spadł na ziemię... a jam z koniem poleciała... Nie było mnie gonić komu, ludzie przy panu zostali.

  WQXXKGM WQYJZYM WQVYXPM WJXPJGM WJVXZBM