Gość oczy ciekawie zwrócił na nią i ruszył ramionami. Jaruha się poprawiła. - Jeleń... albo ja wiem?... Na łowy wyjechał, a z łowów go przynieśli...
I trzęsła głową, brodę w ręku ściskając.
- Oj... łowy te, łowy... gorzej wojny takie łowy!...
Widoczne było z twarzy gościa, iż słowom jej nie wirzył. Ale w tej chwili na progu ukazał się Domanów brat, Duży. Myszko wstał i podszedł ku niemu, a Jaruha, u łoża stojąc, za nimi patrzała, bo wyszli ze dworu na podwórko.
- Mówże choć ty prawdę - zapytał Myszko - co mu jest, kto go ranił? gdzie?
- Wstyd przyznać się - cicho szepnął brat młodszy - za dziewką poleciał na Kupałę, za Wiszową... porwał ją na koń... Dziewka mu miecz od pasa wzięła i w piersi wbiła..
Spuścił głowę Duży, jakby go to wyznanie zbyt wiele kosztowało. Namarszczył się słuchający.
- I uszła? - spytał oburzony.
- Doman z konia padł, bo go srodze raniła, nie wiem, czy i żyć będzie, choć baba krew zamówiła i okłada ranę - mówił Duży - a dziewczyna z koniem do domu uszła.
Słuchając opowiadania Myszko zdawał się ledwie uszom wierzyć; śmiałość dziewczyny, nieopatrzność Domana wydawały się niepojętymi. Zamilkł.
- Wywołajcie babę - rzekł po namyśle. - Spytamy jej, czy z niego co będzie, czy przepadł... Mnie on potrzebny i nam wszystkim...