ROZDZIAŁ 15
Na kneziowskim grodzie do późna...
Na kneziowskim grodzie do późna czuwali ludzie, pana miłościwego nie było. Biała pani siedziała w swej świetlicy i dumała, powołując do siebie to sługi, to podskarbiego, to służące. Niekiedy z siedzenia zrywała się niespokojna, szła do okna, to do drzwi, a słała pytać, czy pan miłościwy nie wrócił, czy go gdzie widać lub słychać nie było.
W pierwszym podwórcu stali też i czekali ludzie, drudzy się pokładli ze znużenia.
Czekali, nie mogąc się go doczekać - kędyś ponad lasami przeciągnęła burza z hukiem i trzaskiem i poszła. Potem słońce zza chmur obejrzało się krwawo i znikło, ciemności jak całun opadły na ziemię, knezia jeszcze nie było.
Na grodzie kłaść się spać nie śmieli, nużby ich nie zastał na nogach i pogotowiu, dopiero by chłostać kazał!
Co chwila Brunhilda słała pacholę, a pacholę wracało z tym samym: - Ani widu, ani słychu.
Wiatr się poniósł po lasach i jeziorze, poobrywane chmury biegać zaczęły po niebie, jakby się goniły i zbierały, aby drugą burzę zrobiły. Pomiędzy słupy, ściany
i częstokoły wpadając, Pochwist wył i śmiał się, aż psy ze strachu zrywały się, by mu wtórować.
U miłościwej pani pozasuwano okiennice, pozatykano okna oponami, dachy się trzęsły i trzeszczały, wicher rechotał.