ROZDZIAŁ 18
Minęło dni kilka, a około grodu...
Minęło dni kilka, a około grodu nic słychać nie było. Rozsyłano stąd na zwiady smerdów i poprzebieraną czeladź do bliższych dworów i chat, nigdzie o żadnym ruchu wojennym nie wiedział nikt. Na pólkach w lasach, gdzie role były piaszczyste a słoneczne, zaczynano zboże żąć. Z sierpami żelaznymi i miedzianymi a krzemiennym ludzi było dużo widać, a z bronią i oszczepem prawie nikogo.
Kneź się począł nudzić i tęsknić sam jeden zamknięty na grodzie między wałami. Pił, jadł i spał, przeciągał się, ziewał, do białej pani chodził czasem, a gdy z przedsienia na lasy patrzał, klął okrutnie, że na łowy jechać nie mógł. Brunhilda go nie puszczała. Zrazu słuchał jej milczący, teraz już się burzyć zaczynał.
Jednego dnia smerdy wołać kazał.
- Jedź, spatrz mi knieje, czy tam gdzie jakiej zdrady nie słychać.
Sługa na cały dzień ruszył, przywiózł ubitego kozła, mówił o spotkanych świniach w lesie, o niedźwiedziu, o wilkach; ludzi nigdzie nie było ani śladu.
Kneźnie ten spokój po takiej burzy podejrzany się wydawał, jemu naturalny.
- Na łowy muszę pojechać... - wołał zły - zgniję tak siedząc, nie wytrzymam, struję się snem i niewolą.
Brunhilda nie puszczała; lękała się przemyślna Niemka zasadzki i zdrady. Z dnia na dzień odkładano łowy. Namówiła ludzi, aby przeszkody wynajdywali. Chwost przeklinał, złościł się, zapijał i coraz mocniej niecierpliwił. Smerdzie nareszcie nieodwołalnie na łowy gotować kazał nazajutrz. Żona ledwie wymogła na nim, iż zamiast garstki ludzi, którą zwykł brać z sobą, trzykroć większą miał prowadzić i silnie zbrojną.