XIII. Chora noga
Majowe, radośne, zwycięskie słońce, które strumieniami...
Majowe, radośne, zwycięskie słońce, które strumieniami złota całe miasteczko zalało, na próżno usiłuje wedrzeć się do niedużego saloniku Sprężyckich.
Panuje tu półmrok niebieskawy od zapuszczonych kartonowych rolet, na których wymalowano fantastyczne górskie pejzaże kolorem indy go.
Jakby nie dość było tej zapory dla słońca, czyjaś ręka rozwiesiła jeszcze w oknach kapy kolorowe, które blask dzienny prawie zupełnie tłumią.
W saloniku czuć mdlący zapach jodu i wody kolońskiej. Powietrze przesycone lekarstwami. Zwykłych mebli nie widać; fortepian wyniesiony; duże zwierciadło zakryte muślinem. Na środku stoi wielki stół zastawiony butelkami; w głębi - łóżko.
Cóż to za chłopczyna, blady jak opłatek, na tym łóżku spoczywa? Twarz jego mówi o długich, przebytych cierpieniach, o znacznym upływie krwi. Podesłano mu pod głowę i plecy tak wiele poduszek, że w łóżku prawie siedzi - ale jedną nogę trzyma wciąż wyprostowaną, okrytą bandażami i grubym opatrunkiem.
W pokoju nie ma nikogo. Chory oczy przymknął, zdaje się drzemać. Ale i w tym na pół tylko czuwającym stanie wydaje co chwil kilka stłumione, boleśne jęki.
Ktoś z nadzwyczajną ostrożnością uchylił drzwi. Ukazał się w nich najpierw wielki bukiet; za bukietem - niebieski mundurek.