Pomimo że przybysz wszedł na palcach, chory go dosłyszał.

- Czy to ty, Bronek? - odzywa się słabe, ledwie dosłyszalne zapytanie.

- Ja! Przyniosłem ci bzu.

- Ach, daj go, daj!

Chory ożywił się. Głos jego stał się mocniejszy, oczy otworzyły się na całą szerokość.

Dopiero w tym przetworzeniu można dopatrzeć w bladym, bezsilnym chłopczynie pewnego, bardzo zresztą dalekiego podobieństwa do rumianego, żywego jak iskra Sprężyckiego.

A jednak on to jest we własnej postaci. Jeszcze w końcu zimy wywichnął niebezpiecznie nogę w kostce. Leczono mu ją źle i wprowadzono w stan tak groźny, że już stopę miał mieć odjętą. Obyło się szczęśliwie bez tego, ale już trzeci miesiąc leży z raną ciężką w nodze, cierpiąc niesłychane bóle, które mu często i po nocach sypiać nie dają. Mimo wszystko na duchu nie upada, wesołości wewnętrznej nie traci.

- Bronek - mówi prosząco - połóż mi go tu!... - oczyma wskazuje kołdrę. Kolega kładzie bukiet na piersiach chorego.

- Przysuń bliżej, do samej twarzy... - prosi znowu.

Olbrzymia więź bzu znajduje się po chwili tuż przy policzkach chorego.

Chłopiec z wysiłkiem podnosi cokolwiek głowę; całą twarz w wonnym gąszczu zanurza. Nozdrzami, ustami, piersią całą wciąga w siebie, pije zapach świeżych kwiatów.

  WQPQBQM WJKXGJM WJZGQJM WQXBQZM WQZQKZM