Ogląda się i spostrzega Piotrusia.

- Lubisz orzechy? - pyta malec, z miną pełną zarazem uprzejmości i zakłopotania.

- Co nie mam lubić! - odpowiada tamten.

- To przyjdź do mnie. Mam cały worek.

- Oho! A gdzie ty "stoisz"?

- U Wojcieszkowej, na Starym Mieście, wpodle Reformatów.

Piotruś wyraża się po prostu - cały jest pełen sielskiej prostoty. Czuć go bardziej dworkiem niż dworem.

- Przyjdę! - zgadza się wyniośle Kozłowski i szybko odchodzi.

Ale niebawem znów go ciągną za połę.

- A co mi dasz za to? - dopytuje malec nie uważając sprawy za skończoną.

- Mam piłkę... Chcesz?

- Iiii... Pewnie "parcianka".

- Nie, "włosianka". Na wierzchu skóra prawdziwa.

- Eeee!... Taka to nie bardzo odskakuje.

Kozłowski, silnie już zirytowany, wybucha:

- Patrzcie go! "Knot" jeden! Chciałby pewnie "dętki" albo ,,lanki" za swoje głupie orzechy! Możesz je schować dla siebie. Ty jeszcze, kochanku, nie znasz Kozłowskiego. Ja wcale twoich orzechów nie potrzebuję!

Malec stoi przez kilka chwil w milczeniu. Twarz jego wyraża zupełne ogłupienie.

- Jak nie, to nie! - przemawia wreszcie z flegmatyczną rezygnacją.

I przełożywszy tekę z jednej pachy pod drugą, odchodzi z wolna w swoją drogę.

Kozłowskiego zajęły tymczasem całkowicie wróble, których całe stadko zbiegło się do rozsypanego na ulicy obroku. Płoszy je swą teką, potem biegnie za spłoszonymi i pędzi je Przed sobą, dopóki nie przefrunęły przez mur do ogrodu klasztornego.

  WQQYBKM WQVVBPM WQGZKPM WJKKXQM WJXYPKM