O Piotrusiu i jego orzechach zupełnie zapomniał.

Do domu ma blisko, ale jak zawsze, nie idzie doń prosta drogą. W jednym miejscu przystanął, żeby przypatrzeć się mularzom, pracującym przy budowie nowej kamienicy; w innym, żeby wypytać przekupkę o cenę gruszek, jabłek, śliwek, pestek dyni i ziarn słonecznikowych (kupować tymczasem nie chce - no, i nie ma za co); w innym jeszcze, żeby postraszyć żydowskiego bachórka i ucieszyć się, widząc, jak pada, fikając gołymi tłustymi nożynami...

Nie wiadomo jak i kiedy znalazł się na moście staromiejskim. Wsparł się obiema rękoma o poręcz - wzrokiem melancholijnym ściga przepływające pod mostem fale.

- Może wolisz miód? - odzywa się nagle za jego plecami głos dziecinny, nieśmiały.

Jednocześnie wychyla się do niego pucołowata, rumiana twarzyczka z błyszczącymi poczciwie oczyma.

To Piotruś, który od wyjścia ze szkoły nie porzucał swego protektora, łażąc za nim w odległości kilku kroków po uliczkach i zaułkach miasteczka...

Na wspomnienie o miodzie Kozłowski oblizuje się.

- A bo ty, "knocie", masz miód?... - odzywa się sceptycznie.

- Mam cały garnek.

- Nie gadaj!

- Jak Bozię kocham!

Kozłowski posępnieje.

- Ba! cóż z tego! - mówi, na wodę patrząc. - I tak wiem, że mi nie dasz!...

- Dam, tylko przyjdź do mnie.

- Naprawdę dasz?

- Co nie mam dać! I orzechów dołożę.

Oczy Kozłowskiego nabierają nadzwyczajnego blasku. Błogo uśmiechnięty, rozrzewniony i oblizujący się, wpatruje się w malca, jakby nacieszyć się nie mógł jego widokiem.

- Kiedy tak - wybucha wreszcie - to... będę twoim przyjacielem!

- A ja twoim, jeżeli pozwolisz.

- Pozwolę!

Biorą się za ręce, potem za szyję i głośno, serdecznie się całują.

- Przyniosę ci "gumy strzelającej" - dodaje rozrzewniony Kozłowski. Znów się całują.

- I trociczek! Ponawiają uściski.

- I wiesz co? - oświadcza na zakończenie starszy. - Nie nazywaj mnie odtąd Kozłowskim...

- A jak?

- Mów do mnie po prostu: "Koźle!"

POPRZEDNI ROZDZIAŁ


SPIS TREŚCI


NASTĘPNY ROZDZIAŁ

  WQBBBVM WJXKZKM WJKYPGM WQGGVJM WQVJPJM