Chłopcy trącili się łokciami i milczeli. Żaden nie wiedział, czy to żart, czy rzecz poważna. Wiśnicki miał swą zwykłą, dobrą, poczciwą minę, która upewniała, że w każdym razie słowa jego wypłynęły ze szczerej, ojcowskiej miłości dla chłopców.

Nazajutrz, na "dziesiątej" (tak nazywano dłuższą, dziesięcio-minutową pauzę), żaden nie poszedł palić skrycie, w miejscu "nieodpowiednim i brzydkim". Wstydzili się tego. Wszystkich też odbiegła chęć skręcania i napychania tytuniem tutek z grubego, wydartego z kajetów papieru. Okłamywali siebie dotąd, że wciąganie w płuca cuchnącego, szczypiącego w język i gryzącego w oczy dymu jest im przyjemne; teraz przyznać musieli sami, że to obrzydliwość.

Około starego Jana, ćmiącego przy drzwiach krótką żołnierską fajeczkę, kręcili się ciekawie, ale i podejrzliwie, rzucając nieufne spojrzenia na jego kieszeń wypchaną. Jeden wszakże, najśmielszy, przystąpił i rzekł ostro:

- Proszę o papierosa.

Inwalida natychmiast podał rzecz żądaną. Wydobył nawet pudełko zapałek siarkowych i zapalił jedną z wielkim trzaskiem a większym jeszcze swędem.

Śmiałek, z dymiącym papierosem w ustach, zaczął chodzić po dziedzińcu. Ale w jednej chwili otoczyło go takie zbiegowisko, że krokiem postąpić nie mógł. Ściśnięty został ze wszech stron przez niebieskie mundurki, małe, mniejsze i najmniejsze - zewsząd też wzniosły się piskliwe głosy, do wrzasku ptactwa domowego podobne:

  WJKQBBM WJJXGPM WQPVKVM WQGBZGM WQVQQZM