Po Właszczuku zadziwia kolegów Petrykowski - w inny wszakże sposób.

Chłopczyna spokojny, stateczny, nabożny, z przymkniętymi, jakby sennymi oczami, oznajmia cienkim, wątłym głosem, że o żadnej świeckiej "karierze" nie myśli, postanowił bowiem zostać - księdzem.

Spomiędzy pozostałych jedni wracają na wieś pomagać ojcom w gospodarstwie, inni idą na praktykę gospodarską do obcych; jeden wyrusza do szkoły rolniczej; jeden jedzie do bogatego wuja, który ma losem jego pokierować.

Nie brak i takich, co mówią wręcz, że tymczasem o niczym nie myślą i myśleć nie chcą, że dość się w "sztubie" napracowali, i przede wszystkim muszą - odpocząć.

Nie wszyscy, co kiedyś razem w szrankach stawali, razem dobiegli do mety.

Wielu opóźniło się w drodze, wielu zbiło się z niej, straciło trop, na manowcach przepadło.

Wyjątek stanowił Dembowski. Brakło go w tym gronie, ale dlatego tylko, że już od roku uczęszczał do jednego z gimnazjów warszawskich.

Inni zawieruszyli się kędyś tak, że nawet ślad ich przepadł.

Należeli do ich liczby przede wszystkim "artyści klasowi": Konopka i Welinowicz.

Biedny Hefajstos, do czwartej klasy nawet nie dociągnąwszy - umarł.

Kataryniarz-Olszewski opuścił klasę trzecią (po dwuletnim w niej pobycie) z powodów nader poważnych. Przyszedł do przekonania, że szkoła jest areną zbyt szczupłą dla jego wielkich przemysłowo-handlowych zdolności.

  WJXGKVM WJJBZQM WQPPPGM WQGXBXM WQKVVPM