ROZDZIAŁ V.

PODRÓŻ MORSKA


Już nastąpił czas wyjścia na Ocean, dwa okręty wychodziły naprzód przede mną, które były przeznaczone do nowej Holandii i na wyspę Świętego Eliasza.

Poranek był piękny i pogodny, słońce świeciło, wiatr z ziemi wiejący, właśnie do wyjścia z portu. Lecz gdy już okręt wyszedł na odkryte morze i kilka tysięcy kroków oddalił się od brzegów, wtem powstaje burza, porywa dwie szalupy, które z portu konwojowały okręt, aby o brzeg nie zawadził, wywraca z trzydziestu ludźmi, z których kilkanaście ginie w przytomności wielu widzów stojących na brzegu. Wyratowali się tylko ci, którzy uniesieni byli pod okręt i za liny się pochwytali. Drugiego dnia wyrzuciło morze tych ludzi na brzegi w kawałkach tylko, bo przez kamienie które wrą koło brzegów potarte zostały. Co za smutny był dla mnie widok, dla mnie, który nazajutrz miałem się puszczać na morze. Dla żeglujących dwie okoliczności są najstraszniejsze, to jest wyjście z portu i przybicie do brzegu. Wychodząc muszą się pilnować wiatru z ziemi, tudzież ciągu ustępującej wody do morza, równie jak wnijścia przybyłej wody z morza z morza i wiatru morskiego na ziemię, gdzie dwa razy na dzień podnosi się morze, napełnia ziemię i porty na trzy lub pięć łokci a w godzin dwie morze odbiera swa wodę. Nazywają to fluxus i refluxus; czyli wzdymaniem się i opadaniem morza. Powiadają żeglarze, że w żadnym morzu tak wysoko woda nie wznosi się jak w tym miejscu na Oceanie.

  WJJYXGM WJVJXXM WJXPBVM WQVYBZM WQGPVKM