-Siedm lat! - powtórzyła z westchnieniem pani Boska.
-Niech skonam, jeślim dzień dodał. Siedm lat w samym pałacu chańskim - potwierdził pan Zagłoba mrugając tajemniczo oczyma. -I trzeba waćpani wiedzieć, że ten młody chan to mój...
Tu poszepnął coś do ucha pani Boskiej, nagle wybuchnął głośnym "cha, cha, cha!" i począł dłońmi po kolanach się trzepać, wreszcie w zapale poklepał i kolana pani Boskiej mówiąc:
-Dobre były czasy! co? W młodości, co na placu, to nieprzyjaciel, a co dzień, to nowy figiel, ha!
Stateczna matrona zmieszała się bardzo i odsunęła się nieco od wesołego rycerza; młode niewiasty pospuszczały oczy domyśliwszy się łacno, że figle, o których mówił pan Zagłoba, czymś przeciwnym przyrodzonej ich skromności być muszą, zwłaszcza że żołnierze wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Trzeba będzie prędko do pana Ruszczyca posłać - rzekła Basia - żeby pan Piotrowicz zastał już listy gotowe w Raszkowie.
Na to pan Bogusz:
-Śpieszcie się waćpaństwo z całą tą sprawą, póki zima, bo raz, że wtedy żadne czambuły nie wychodzą i drogi bezpieczne, a po wtóre, a po wtóre, wiosną Bóg wie co się może przygodzić.