-Pan Charłamp przyjechał i czeka na pokojach - odrzekł pachoł.
-A owóż i on sam! - zawołał Kmicic na widok męża zbliżającego się ku altanie. -Dla Boga, jakże mu wąsy posiwiały! Witaj, towarzyszu miły! witaj, stary kompanionie!
To rzekłszy wypadł z altany i biegł naprzeciw pana Charłampa z roztworzonymi rękoma.
Ale pan Charłamp skłonił się naprzód nisko Oleńce, którą za dawnych czasów na kiejdańskim dworze u księcia wojewody wileńskiego widywał, następnie przycisnął jej dłoń do swoich niezmiernych wąsów, za czym dopiero rzuciwszy się w objęcia Kmicica zaślochał na jego ramieniu.
-Dla Boga, co waści jest? - zawołał zdumiony gospodarz.
-Jednemu Bóg przysporzył szczęścia - odrzekł Charłamp - a drugiemu umknął. Smutku zaś mojego powodu samemu tylko waszmości opowiedzieć mogę.
Tu spojrzał na panią Andrzejową, ona zaś domyśliwszy się, że przy niej nie chce mówić, rzekła do męża:
-Przyślę waszmościom miodu, a teraz ich samych zostawuję...
Kmicic pociągnął Charłampa do letnika i usadowiwszy go na ławie, zawołał: