-Ruszaj!
-Proszę waszej miłości?
-Czego jeszcze?
-A jakby potem skapiał?
-Niech skapieje, byle dojechał żyw! Bierz sześciu ludzi i ruszaj!
Luśnia skoczył. Inni radzi, że mogą coś dla pani uczynić, rzucili się konie kulbaczyć i w kilka pacierzy sześciu ludzi ruszyło do Kamieńca, za nimi zaś inni prowadzili luźne konie, by je pozostawiać po drodze.
Pan Zagłoba, zadowolony ze siebie, wrócił do świetlicy.
Po chwili wyszedł z alkierza Wołodyjowski, zmieniony, półprzytomny, obojętny na słowa współczucia i pociechy. Oświadczywszy panu Zagłobie, że Basia śpi ciągle, siadł na ławie i patrzył jak błędny we drzwi, za którymi leżała. Zdawało się oficerom, że nasłuchuje, więc wszyscy dech wstrzymywali, i w izbie zapanowała cisza zupełna.
Po upływie pewnego czasu Zagłoba zbliżył się na palcach do małego rycerza.
-Michale - rzekł - posłałem po medyka do Kamieńca, ale... ale może by jeszcze po kogo posłać?...
Wołodyjowski patrzył, zbierał myśli i widocznie nie rozumiał.
-Po księdza - rzekł Zagłoba. -Ksiądz Kamiński na rano mógłby zdążyć?

  WJKYZVM WQBPXZM WJJZQKM WQVJVPM WQYKXJM