-Chudym pachołek, ale choćbym miał ręce do łokci urobić, jużże się przecie na kościółek, bogdaj drewniany, zdobędę. Bo ile razy w nim dzwony zadzwonią, tyle razy wspomnę miłosierdzie boskie i dusza zgoła rozpłynie się we mnie z wdzięczności!
-Daj Boże wpierw szczęśliwie turecką wojnę przebyć - odrzekł mu na to pan Zagłoba.
Na to mały rycerz ruszył wąsikami i odpowiedział:
-Pan Bóg najlepiej wie, co go więcej udelektować może: zechceli kościółka, to mię uchroni, a jeśli będzie wolał krew moją, to mu jej też nie poskąpię, jak mi Bóg miły!
Basia wraz ze zdrowiem odzyskiwała i humor. W dwa tygodnie później kazała odchylić nieco wieczorem drzwi do alkierza i gdy oficerowie zebrali się w świetlicy, ozwała się do nich swym srebrzystym głosem:
-Dobry wieczór waćpanom! Już nie zamrę, aha!
-Bogu Najwyższemu dzięki! - odpowiedzieli chórem żołnierze.
-Sława Bohu, detyno myłenkaja! - zawołał osobno pan Motowidło, który szczególniej ojcowskim afektem Basię kochał, a który w chwilach wielkiego wzruszenia zawsze mówił po rusińsku.