-Ja nie mam miłosierdzia dla Basi?! Bójże się waćpan ran Ukrzyżowanego! - zakrzyknął mały rycerz.
Pan Zagłoba sapał czas jakiś gniewnie, dopieroż spojrzawszy na strapioną twarz Wołodyjowskiego tak przemówił:
-Michale, wiesz, że co mówię, to mówię z afektu iście rodzicielskiego dla Baśki. Inaczej, czybym ja tu jeszcze siedział pod obuchem tureckim, zamiast wczasu w bezpiecznej stronie zażywać, czego by mi w moich leciech i nikt za złe mieć nie mógł? A kto ci Baśkę zaswatał? Jeśli się pokaże, że nie ja, to rozkaż wypić kadź wody, niczego dla smaku do niej nie przylawszy.
-Życiem się waćpanu za to nie wypłacę! - odrzekł mały rycerz.
I wzięli się w ramiona, po czym zapanowała zaraz między nimi najlepsza zgoda.
-Już ja sobie tak ułożyłem - rzekł mały rycerz - że gdy przyjdzie wojna, waćpan zabierzesz Baśkę i pojedziesz z nią do Skrzetuskich, do ziemi łukowskiej. Tam przecie czambuły nie dojdą.
-Uczynię to dla ciebie, chociaż na Turka znalazłaby się ochotka, bo nie masz dla mnie nic bezecniejszego nad ten świński naród wina nie pijęcy!