-Jednego się tylko boję, oto, że Baśka naprze się do Kamieńca, żeby być przy mnie. Skóra mi cierpnie, gdy o tym pomyślę, a jak Bóg Bogiem, będzie się napierała.
-To nie pozwolisz. Mało to już złego z tego wynikło, że jej we wszystkim folgujesz i żeś na ową ekspedycję raszkowską pozwolił, chociażem od razu przeciw niej zakrzyknął!
-A nieprawda! Powiedziałeś waćpan, że nie chcesz radzić.
-Skoro ja mówię, że nie chcę radzić, to gorzej, niżbym odradzał.
-Powinna mieć Baśka naukę, ale co to z nią! Jak będzie widziała miecz nad moją głową, uprze się!
-To nie pozwolisz, powtarzam! Dla Boga! co za słomiany mąż!
-Kiedy, confiteor, że jak ona piąstki w oczy wsadzi a pocznie płakać albo niechli tylko zacznie płacz symulować, oho! już we mnie serce jako masło na patelni. Nie może być inaczej, tylko musiała mi coś zadać. Odesłać ją, odeślę, bo mi jej przezpieczeństwo od własnego zdrowia milsze, ale gdy pomyślę, że przyjdzie ją tak zmartwić - dalibóg - dech mi z żałości zapiera.
-Michale, miejże Boga w sercu, nie daj się za nos wodzić!
-Ba, nie daj się! Któż i tak mówił, jeśli nie waćpan, że miłosierdzia żadnego nad nią nie mam?
-Hę? - rzekł Zagłoba.
Waćpanu niby na premyślności nie zbywa, a sam się teraz za ucho skrobiesz!
-Bo się namyślam, jakiej najlepiej perswazji zażyć.
-A jak od razu piąstki w oczy wsadzi?
-Wsadzi, jak mi Bóg miły! - rzekł z widoczną obawą pan Zagłoba.
I tak się kłopotali obaj, bo prawdę rzekłszy, Basia pozbadła zupełnie ich obydwóch. Rozpieścili ją do ostatka w chorobie i tak kochali, że konieczność postąpienia wbrew jej sercu i chęci napełniała ich przestrachem. Że Basia oporu nie stawi i podda się z pokorą wyrokowi, o tym wiedział dobrze jeden i drugi, ale nie mówiąc już o Wołodyjowskim, nawet pan Zagłoba wolałby uderzyć samotrzeć na cały pułk janczarów niż widzieć ją wsadzającą piąstki do oczu.