Wkrótce też Ketling rozpoczął z innej beczki.
-Nie wspominałem jeszcze - rzekł - iżeśmy po drodze wstępowali do państwa Skrzetuskich, którzy nas przez dwie niedziele puścić nie chcieli i tak podejmowali, że i w niebie nie mogłoby nam być lepiej.
-Na miły Bóg! jak się mają Skrzetuscy? - zawołał pan Zagłoba. -To i jegoście w domu zastali?
-Zastaliśmy, bo na czas od pana hetmana z trzema starszymi synami przyjechał, którzy w kompucie służą.
-Skrzetuskich nie widziałem od czasu naszego wesela - rzekł mały rycerz. -Był on tu z chorągwią w Dzikich Polach i synowie byli z nim razem, ale nie przygodziło się spotkać.
-Okrutnie tam wszyscy tęsknią za jegomością! - rzekł Ketling zwracając się do pana Zagłoby.
-Ba! a ja za nimi! - odparł stary szlachcic. -Ale to tak: siedzę tu, kuczy mi się bez nich; pojadę tam, będzie mi się kuczyć bez tej łasicy... Takie to życie ludzkie, że nie w jedno, to w drugie ucho wiatr wieje... A najgorzej sierocie, bo żebym ja miał co swego, to bym cudzego nie kochał.
-Waćpana by i rodzone dzieci więcej od nas nie miłowały - odrzekła Basia.