-To znaczy, że postój wypadł im na milę albo półtory od tych chaszczów? - rzekł.
-Tak jest - odparł Luśnia. -Idą widać nocami, by się upałów uchronić, a w dzień spoczywają; konie zaś wysyłają aż do wieczora na pastwiska.
-Siła widzisz straży przy koniach?
Luśnia wysunął się znowu na brzeg zarośli i nie powracał przez czas dłuższy. Na koniec jednak pokazał się znowu i rzekł:
-Będzie koni z półtora tysiąca, a ludzi przy nich ze dwudziestu pięciu. W swoim są kraju i nie boją się niczego, więc i straży większych nie stawiają.
-A ludzi mogłeś rozeznać?
-Jeszcze są opodal, ale to Lipki, panie! Już oni nasi!...
-Tak jest! - rzekł Nowowiejski.
Jakoż był już pewien, że mu żywa noga z tych ludzi nie ujdzie. Dla takiego zagończyka, jakim był, i dla takich żołnierzy, jakim przywodził, było to zadanie zbyt łatwe.
Tymczasem koniuchowie pędzili stado bliżej i bliżej pod dereniowe chaszcze. Luśnia jeszcze raz wysunął się na brzeg i jeszcze raz wrócił. Twarz jego jaśniała radością i okrucieństwem.
-Lipki, panie, na pewno! - szepnął.

  WQYZQJM WQJBVGM WQXGBQM WJZGYVM WJKKPPM