Lecz teraz nie było już czasu na duszną zgryzotę, bo wszystko musiało ustąpić wobec egzekucji. Luśnia pochylił się i wziąwszy w obie ręce biodra Azji, tak aby mógł nimi kierować, zawołał na ludzi trzymających konie:
-Ruszaj! a powoli, razem!
Konie ruszyły: wyprężone sznury pociągnęły za nogi Azji. Ciało jego sunęło się przez mgnienie oka po ziemi i trafiło na zadzierzyste ostrze. Wówczas ostrze poczęło się w nim pogrążać i jęło się dziać coś strasznego, coś przeciwnego naturze i człowieczym uczuciom! Kości nieszczęśnika rozstępowały się, ciało darło się na dwie strony; ból niewypowiedziany, tak straszny, że graniczący niemal z potworną rozkoszą, przeniknął jego jestestwo. Pal pogrążał się głębiej i głębiej.
Tuhaj-bejowicz zwarł szczęki, wreszcie jednak nie wytrzymał - zęby jego wyszczerzyły się okropnie, a z gardzieli wydobył się krzyk: A! a! a! - do krakania kruka podobny.
-Wolno! - skomenderował wachmistrz.
Azja powtarzał swój straszny krzyk coraz szybciej.
-Kraczesz? - spytał wachmistrz.
Po czym krzyknął na ludzi: