Płakała Basia, płakał roztropny pan Zagłoba, płakał i pan Muszalski, łucznik niezrównany - jeden tylko pan Nowowiejski oczy miał suche, bo już mu brakło łez. Lecz gdy zaczął opowiadać, jako hen, ku Dunajowi, aż pod Tekicz poszedł i tam Lipków pod bokiem ordy i sułtana rozgromił, a złowrogiego Azję Tuhaj-bejowicza schwytał, obadwaj starzy rycerze poczęli w szable trzaskać i wołać:
-Dawajcie go sam! Tu, w Chreptiowie, zginąć powinien!
Na to odrzekł pan Nowowiejski:
-Nie w Chreptiowie, ale w Raszkowie zginął, bo tam był powinien, a mękę mu wachmistrz tutejszy obmyślał, która nie była lekka.
Tu opowiedział, jaką śmiercią umarł Azja Tuhaj-bejowicz, a oni słuchali w zgrozie, lubo bez litości.
-Że Pan Bóg zbrodnie ściga wiadomo - rzekł wreszcie pan Zagłoba - ale to dziw, że diabeł tak licho swoich sług broni!
Basia westchnęła pobożnie, podniosła oczy w górę i po małej chwili rozwagi odrzekła:
-Bo mu potęgi brak, która by mocy bożej zdzierżyć mogła!
-O, tuś waćpani utrafiła! - zawołał pan Muszalski - bo gdyby, czego Boże broń, diabeł był od Pana Boga mocniejszy, tedyby wszelka justycja, a z nią i Rzeczpospolita szczeznąć musiała!