-Toć siła niepowszednia, ci Turkom śmiele zajrzą w oczy! - wołano w tłumach.
Niektórzy z mieszczan, a nawet i z żołnierzy, szczególniej z regimentu księdza biskupa Trzebickiego, który to regiment świeżo przybył do Kamieńca, myśleli, że i sam pan Wołodyjowski znajduje się w orszaku, wnet też podniosły się krzyki:
-Niech żyje pan Wołodyjowski!
-Niech żyje obrońca nasz! Najsławniejszy kawaler!
-Vivat Wołodyjowski! vivat!
Basia słuchała i serce jej rosło, bo nic nie może być milszego niewieście nad sławę męża, zwłaszcza gdy brzmią nią usta ludzkie w wielkim grodzie.
"Tylu tu rycerzy - myślała Basia - a przecie żadnemu nie krzyczą, jeno mojemu, jeno Michałowi!"
I sama miała ochotę zakrzyknąć z chórem: "Vivat Wołodyjowski!" - lecz pan Zagłoba reflektował ją, iż powinna zachować się, jak na dostojną personę przystoi, i kłaniać się na obie strony, właśnie jak czynią królowe wjeżdżając do stolicy.
Sam się też kłaniał to czapką, to ręką, a gdy znajomkowie i na jego cześć poczęli wiwatować, wówczas ozwał się do tłumów:

  WJVZXVM WQBKJBM WJQGPQM WQVGGVM WQYPXYM