-Nie mają potrzeby zostawać - rzecze pani stolnikowa - bo wozy jeszcze nie wyładowane, tylko konie wyprzęgnąć i mogą zaraz jechać. Baśka, idź, przypilnuj!
Panna Jeziorkowska skoczyła do sieni, a w kilka pacierzy później wróciła z oznajmieniem, że wszystko gotowe.
-To i czas! - rzekł Wołodyjowski.
Po chwili siedzieli w karabonie i jechali do Mokotowa. Pani stolnikowa z panną Drohojowską zajęły tylne siedzenie, na przodku zaś usadowił się mały rycerz koło panny Jeziorkowskiej. Ciemno już było, więc twarzom ich nie mógł się przyjrzeć.
-Waćpanny znają Warszawę? - spytał pochyliwszy się do panny Drohojowskiej i podnosząc głos, aby turkot karabonu zagłuszyć.
-Nie - odrzekła niskim, ale dźwięcznym i miłym głosem. -Parafianki z nas prawdziwe i dotąd nie znamy ni sławnych miast, ni sławnych ludzi.
To rzekłszy skłoniła nieco głowę, jakby dając znać, że do tych ostatnich pana Wołodyjowskiego zalicza, on zaś przyjął wdzięcznie odpowiedź. "Polityczna jakaś dziewczyna" - pomyślał i zaraz zaczął łamać głowę, jakim by w zamian ruszyć komplementem.