-A pójdziesz, sobaka! a pójdziesz!...
Pan Lanckoroński, lubo kule pluskały jeszcze tuż przy brzegu, wziął w ramiona Wołodyjowskiego.
-Oczom nie wierzyłem! - rzekł - mirabilia to są, dobrodzieju, złotego pióra warte!
Wołodyjowski zaś:
-Przyrodzona sposobność i wprawa, ot cała rzecz! Ile to się już wojen odbyło!
Tu oddawszy uścisk panu Lanckorońskiemu uwolnił się z jego objęć i spojrzawszy na brzeg, wykrzyknął:
-Patrz, wasza miłość, bo inną osobliwość zobaczysz!...
Podkomorzy zwróciwszy się spostrzegł oficera naciągającego łuk nad brzegiem.
Był to pan Muszalski.
Przesławny łucznik walczył dotąd z innymi, wręcz ścinając się z nieprzyjacielem, lecz teraz, gdy janczarowie oddalili się już tak, że kula z janczarek i bandoletów nie donosiły, wyciągnął łuk spod uda i stanąwszy w miejscu, gdzie brzeg był wynioślejszy, naprzód spróbował palcem cięciwy, po czym, gdy ozwała mu się donośnie, przytknął do niej pierzastą strzałę i wymierzył.
W tej chwili obejrzeli się na niego Wołodyjowski z Lanckorońskim.
Piękny był to obraz! Łucznik siedział na koniu, lewą rękę trzymał prosto, w niej łuk jakby w kleszczach, prawą zaś dłoń przyciągał coraz silniej do brodawki piersi, aż żyły wystąpiły mu na czoło - i mierzył spokojnie.

  WQJZXYM WQBJJGM WQVYBQM WJQGJVM WQBZYPM