Tu jeniec wziął się w boki i dufny w grozę sułtańskiego imienia, tak dalej mówił:
-Szaleni Lachowie! jakże to ośmieliliście się pod bokiem pana napadać ludzi jego i szarpać? Zali myślicie, iż sroga kara was minie? Zali ten zameczek was obronić zdoła? Czymże za kilka dni będziecie, jeśli nie niewolnikami? Czymże jesteście dziś, jeśli nie psami miotającymi się na pańską obliczność?
Pan Makowiecki pilnie wszystko spisywał, lecz pan Wołodyjowski, chcąc zuchwalstwo jeńca poskromić, w pysk go po ostatnich słowach uderzył. Stropił się Turczyn i zaraz nabrał dla małego rycerza szacunku, a i w ogóle przystojniej wyrażać się począł. Po skończonym badaniu, gdy wyprowadzono go z sali, pan Wołodyjowski rzekł:
-Trzeba tych jeńców i ich zeznania w skok do Warszawy wysłać, bo tam na dworze królewskim jeszcze nie wierzą w wojnę.
-Co to są mehentysy, z którymi Halil i Murad mają się przeprawić? - spytał Lanckoroński.
-Mehentysy są to inżynierowie, którzy zasłony i nasypy pod armaty będą przygotowywali - odparł Makowiecki.
-A jak waszmościowie myślicie, prawdęli ten jeniec powiadał czy też zgoła łgał?