-Nie przyjmiecie jej, bracia kochani - rzekł pan Kazimierz Humiecki. -Krótko mówiąc: ci psi chcą, byśmy do wieczora klucze miasta oddali.
Na to ozwały się liczne głosy powtarzając ulubione wyrażenie:
-Nie utyje nami ten pies pogański. Nie damy się, z konfuzją go odgonim! Nie chcemy!
Po takim postanowieniu rozeszli się wszyscy i zaraz strzelanina się rozpoczęła. Już Turcy zdołali pozaciągać wiele ciężkich dział na pozycje i kule ich mijając "brustwery" jęły wpadać w miasto. Puszkarze w mieście i na zamkach pracowali w pocie czoła przez resztę dnia i całą noc. Któren poległ, nie było go kim zastąpić, brakło również i szafarzów od kul i prochu. Dopiero przed świtaniem hałasy nieco ustały.
Lecz ledwie dzień zaczął szarzeć, a na wschodzie pokazał się różowy, bramowany złotem pas jutrzenki, gdy w obu zamkach uderzono na alarm. W mieści, kto spał, ten się rozbudził, rozespane tłumy poczęły pojawiać się na ulicach, nasłuchując pilnie.
-Szturm się gotuje! - mówili jedni drugim, ukazując w stronę zamków.
-A pan Wołodyjowski tam jest? - pytały niespokojne głosy.