Zasypywano oba, a szczególniej stary, granatami z wielkich moździerzów, które jednak "mało co psowały, gdyż w ciemności każdy granat jest znaczny i człowiek przed nim łatwo umknąć potrafi". Dopiero nad ranem, gdy ludzi ogarnęło tak wielkie znużenie, iż ze snu walili się z nóg, poczęli ginąć dość gęsto.
Mały rycerz, Ketling, Myśliszewski i Kwasibrocki odpowiadali z zamków na ogień turecki. Pan generał podolski raz w raz do nich zaglądał i chodził wśród gradu kul frasobliwy, ale na niebezpieczeństwo nie baczący.
Wszelako ku wieczorowi, gdy ogień jeszcze się powiększył, pan Potocki zbliżył się do Wołodyjowskiego.
-Mości pułkowniku - rzekł - nie utrzymamy się tu.
-Póki poprzestają na strzelaniu - odrzekł mały rycerz - póty się utrzymamy, ale oni minami nas stąd wysadzą, bo kują.
-Zali kują istotnie? - spytał niespokojnie pan generał.
Na to Wołodyjowski:
-Siedmdziesiąt armat gra i grzmot jest prawie nieustający, ale przecie zdarzają się chwile cichości. Jak taka nadejdzie, niech jeno wasza dostojność dobrze nadstawi ucha, a usłyszy.