Basia doskonale zrozumiała, że mały rycerz mówiąc: "gdyby jedno z nas poległo" zamiast "umarło" - siebie miał na myśli. Przyszło jej do głowy, że on może nie spodziewa się wyjść żywym z tego oblężenia, że chce ją oswoić z tym terminem, więc straszne przeczucie ścisnęło jej serce i złożywszy ręce rzekła:
-Michale, miej miłosierdzie nad sobą i nade mną!
Głos małego rycerza był nieco wzruszony, choć spokojny.
-A widzisz, Baśka, że nie masz słuszności - rzekł - bo tak wziąwszy tylko na rozum, cóż to jest to życie doczesne? Przez co tu kark kręcić? Komu tu będzie dostatkiem smakować szczęśliwość i kochanie, kiedy wszystko kruche jako zeschła gałąź, co?
Lecz Basia poczęła się trząść z płaczu i powtarzać:
-Nie chcę, nie chcę, nie chcę!
-Jak mi Bóg miły, tak nie masz słuszności - powtórzył mały rycerz. -Ot, uważasz, tam w górze, za onym cichym miesiącem, jest kraina wiekuistej szczęśliwości. O takiej to mi gadaj! Kto się na tamtą lewadę dostanie, ten dopiero sobie odsapnie, jakby po długiej drodze - i pasie się spokojnie. Jak na mnie termin przyjdzie (a to przecie żołnierska rzecz), zaraz sobie powinnaś powiedzieć: "Nic to!" Po prostu powinnaś sobie powiedzieć: "Michał odjechał, prawda, że daleko, dalej jak stąd na Litwę, ale nic to! bo i ja za nim podążę." Baśka, no, cicho, nie płacz! Które pierwsze odjedzie, to drugiemu kwaterę przygotuje - i cała sprawa.
Tu przyszło na niego jakby widzenie rzeczy przyszłych, bo oczy podniósł ku miesięcznemu blaskowi i tak dalej mówił:
-Co to doczesność! Dajmy, że ja już tam będę, aż tu ktoś puka do niebieskich podwoi. Święty Piotr otwiera; patrzę ja: kto? moja Baśka! Rety! o! to dopiero skoczę! o! to dopiero zakrzyknę! Miły Boże! słów w gębie brak! I nie będzie płakania, jeno wieczne wesele, i nie będzie pogan ni armat, ni min pod murami, jeno spokój i szczęśliwość! Ej, Baśka, pamiętaj: nic to!
-Michale, Michale! - powtarzała Basia.
I znowu nastała cisza, przerywana tylko odległym monotonnym dźwięczeniem kilofów.
Wreszcie Wołodyjowski ozwał się:
-Baśka, zmówimy sobie teraz pacierz.
I te dwie dusze, czyste jak łzy, poczęły się modlić. W miarę jak odmawiali pacierze, spływał na oboje spokój, a potem zmorzył ich sen i usnęli aż do pierwszego brzasku.
Pan Wołodyjowski odprowadził następnie Basię, jeszcze przed "kindią" poranną, aż do mostu łączącego stary zamek z miastem, na odchodnym zaś rzekł jej:
-Pamiętaj, Baśka: nic to!

  WQZBXPM WQKZJKM WQGKBGM WQPPQPM WJZJBJM