-A co mi tam! wyleci brama, to się zza wału będziem bronić; wyleci wał, to przedtem usypiem drugi - i tak dalej, póki łokieć gruntu będziem czuć pod nogami.
Lecz pan jenerał podolski utraciwszy wszelką nadzieję pytał:
-A gdy i łokcia zbraknie?
-To i nas zbraknie! - odpowiedział mały rycerz.
Tymczasem kazał miotać na nieprzyjaciela ręczne granaty, które wiele szkód czyniły. Najsprawniejszym w tej robocie okazał się pan porucznik Dębiński, który bez liku Turków nabił, póki mu zbyt wcześnie zapalony granat nie pękł w ręku i całkiem onej nie urwał. W ten sposób poległ i kapitan Szmit. Wielu ginęło od działowego ognia, wielu od ręcznej broni, z której strzelali janczarowie wśród gruzów nowego zamku ukryci. Przez ten czas z dział zamkowych mało strzelano, czym niepomału stropili się panowie rada w mieście. -Nie strzelają, to już widać i sam Wołodyjowski zwątpił o obronie - takie było powszechne mniemanie. Z wojskowych żaden nie śmiał pierwszy wypowiedzieć, że pozostaje już tylko najlepsze kondycje uzyskać; ale ksiądz biskup, próżen rycerskich ambicji, głośno to wypowiedział. Przedtem jednak posłano jeszcze pana Wasilkowskiego do generała po wiadomości z zamku. Ów odpisał: "Zdaniem moim zamek i do wieczora się nie utrzyma, ale tu myślą inaczej."

  WQXJVBM WQVPKXM WQYYQXM WQBGPZM WJQKVZM