Lecz nie czekał już długo. Wkrótce ciemne postacie zaroiły się między belkami, którymi zasłonięty był otwór.
-Kto idzie? - krzyknął Ketling.
-Wołodyjowski! - brzmiała odpowiedź.
I dwaj rycerze padli sobie po chwili w objęcia.
-Cóż, jak tam? - pytali oficerowie, których coraz więcej zbiegało się do wyłomu.
-Chwała Bogu! górnicy wybici do nogi, narzędzia połamane i rozrzucone, na nic ich robota!
-Chwała Bogu! chwała Bogu!
-A Muszalski ze swoimi jest już?
-Nie masz go jeszcze.
-Może by skoczyć im w pomoc? Mości panowie! komu wola?
Ale w tej chwili wyłom zaroił się na nowo. To ludzie Muszalskiego wracali z pośpiechem i w znacznie pomniejszonej liczbie, bo ich siła od kul poległo. Wracali jednak radośnie, bo z równie pomyślnym skutkiem. Niektórzy żołnierze poprzynosili kilofy, świdry, oskardy do łamania skały, na dowód, że byli w samej minie.
-A gdzie pan Muszalski? - spytał Wołodyjowski.
-Prawda! Gdzie pan Muszalski? - powtórzyło kilka głosów.
Ludzie spod komendy przesławnego łucznika poczęli na się spoglądać, wtem jeden dragon, mocno ranny, ozwał się słabym głosem: