Jak niedawno złowrogie kule przelatywały nad zamkiem, tak teraz złowrogie myśli przelatywały im tłumem przez głowę. I żal ściskał im serca po prostu bezdenny, żal dwóch ukochanych istot i żal życia i szczęścia, więc spoglądali na się jak błędni, jak martwi, a czasem zwracali wzrok pełen rozpaczy ku miastu, jakby się chcąc przekonać, czy ich oczy nie zwodzą i czy istotnie godzina wybiła.
A tymczasem od strony miasta zatętniały kopyta końskie i po chwili wpadł Horaim, rękodajny młodzian pana generała podolskiego.
-Rozkaz do komendanta! - krzyknął osadzając bachmata.
Wołodyjowski wziął rozkaz, przeczytał go w milczeniu i po chwili wśród grobowej ciszy ozwał się do oficerów:
-Mości panowie! Komisarze przejechali czółnem rzek i już udali się do Dłużka dla podpisania ugody. Za chwilę będą tędy wracać. Do wieczora mamy wyprowadzić wojsko z zamku, a białą chorągiew zatknąć nie mieszkając...
Nikt nie ozwał się słowem. Słychać było tylko szybkie oddechy i sapanie.
Wreszcie Kwasibrocki przemówił:
-Trzeba chorągiew zatknąć. Ludzi zaraz zgromadzę!...