Wnet tu i owdzie rozległy się słowa komendy. Żołnierze poczęli się zwierać w szeregi i brać na ramię broń. Dźwięk muszkietów i miarowe ich stąpania budziły echa w milczącym zamku.
Ketling przysunął się do Wołodyjowskiego.
-Czas? - spytał.
-Czekaj na komisarzy, dowiemy się kondycyj... Wreszcie ja sam tam zejdę.
-Nie! ja zejdę, ja lepiej lochy znam i wiem, gdzie co jest.
Dalszą rozmowę przerwały im głosy wołające:
-Komisarze wracają! komisarze wracają!
Jakoż po niejakim czasie trzej nieszczęśni wysłannicy ukazali się na zamku. Byli to: sędzia podolski Gruszecki, stolnik Rzewuski i chorąży czernichowski pan Myśliszewski. Szli ponuro, z pospuszczanymi głowami. Na grzbietach ich mieniły się kaftany ze złotogłowiu, które w darze od wezyra dostali.
Wołodyjowski czekał ich oparty o ciepłe jeszcze i dymiące działo skierowane ku Dłużkowi. Wszyscy trzej powitali go w milczeniu, a on spytał:
-Jakie kondycje?
-Miasto nie będzie rabowane, mieszkańcom życie i mienie zapewnione. Każden, kto nie chce zostać, ma prawo wyjść i udać się, gdzie mu się będzie podobało.