Ale pan Michał, lubo Basia zażyła swych cięć najznamienitszych, nic nie miał. Owszem, umyślnie począł rozmawiać z Zagłobą, aby okazać, jak mało dba o Basine ciosy.
-Odstąp waćpan od okna, bo pannie ciemno, a choć szabla większa od igły, za to ma panna mniej eksperiencji do szabli niż do igły.
Chrapki Basi rozdęły się jeszcze więcej, a czupryna spadła całkiem na błyszczące oczka.
-Waćpan mnie lekceważysz? - spytała dysząc mocno.
-Nie osobę, broń Boże!
-Nie cierpię pana Michała!
-Masz, bakałarzu, za twą naukę! - odpowiedział mały rycerz.
Po czym znów do Zagłoby:
-Dalibóg, że śnieg zaczyna padać.
-Ot, śnieg! śnieg! śnieg! - powtarzała przycinając Baśka.
-Baśka, dosyć! ledwie już dyszysz! - wtrąciła pani stolnikowa.
-No, trzymaj waćpanna szablę, bo wytrącę!
-Zobaczymy!
-A ot!
I szabelka, wyfrunąwszy jako ptak z rąk Basi, upadła z brzękiem aż koło pieca.
-To ja sama! niechcący! To nie waćpan! - wołała ze łzami w głosie panienka i chwyciwszy w mig szabelkę, znowu przycięła.
-Spróbuj waćpan teraz...
-A ot! - powtórzył pan Michał.