Pewnego dnia w marcu, znowu w godzinie przyjęć, dał się słyszeć cichy głos dzwonka. Walentowa otwarła drzwi i wpuściła małą, chudą damę w czerni, o twarzy wywiędłej, suchej i mizernej.
Przybyła spytała o doktora Judyma i powziąwszy wiadomość, że jest u siebie, weszła do gabinetu.
„Pacjentka, jak mi Bóg miły!...” - jął myśleć doktor Tomasz i doznał ciepłego uczucia na samą myśl o pierwszym rublu zapracowanym we własnym apartamencie.
Dama wśród ukłonów obustronnych zajęła miejsce i rozejrzała się po umeblowaniu.
- Pani dobrodziejka jest cierpiąca? - zapytał doktor.
- O, tak, panie konsyliarzu... Od lat, od całego szeregu lat...
- I jakież to cierpienie?
- Gdybyż to jedno! Cały szereg chorób, które inną osobę, mniej wytrzymałą, dawno by wpędziły do grobu.
- Ale główna, zasadnicza?
- Czy ja wiem, panie Konsyliarzu. Zapewne wątroba...
- Wątroba... Otóż...
- Bo to jakaś duszność, bezsenność, kaszel, bóle...
- Więc są bóle? I to w tej okolicy?
- Ach, jakie bóle! Język ludzki wyrazić tego nie jest w stanie!
- Bóle... rozdzierające, uczucie rozdzierania, nieprawdaż?