On stał zmaltretowany. Słyszał szatański, parskający śmiech panny Wandy, która w drugim rzędzie z jakimś starszym towarzyszem jechała galopem, ale nie zwrócił na to uwagi. Wszystkę pochłonęła tamta, przechylona w siodle ku lewej stronie, z mocą i wdziękiem jak w krześle osadzona, podająca się wraz ze skokiem rumaka, cudowna w każdym ruchu...
Stał tak długo w miejscu zgłupiały, śmieszny dla samego siebie i nieszczęśliwy nad wszelki wyraz. W rowie bełkotała woda zbrudzona iłem, jakby i ona śmiała się do rozpuku.
Jeszcze za dnia doktor był w miasteczku i wnet otoczony został przez chmary Żydków, dziadów, włóczęgów, którzy go witali chichotem.
- Co to za miasto? - spytał pierwszego z brzegu.
- Miasto? Dlaczego miasto?
- No?
- To miastu nazywa się Cisy.
- Dobrze! - krzyknął Judym z radością - Szajgec, weź ten kuferek i nieś go za mną do zakładu.
Wiesz, gdzie zakład?
- Jak ja nie mam wiedzieć, gdzie zakład? Pan dobrodży z daleka? Pan dobrodży sze cokolwiek zabłoczuł...
- To nie twoja rzecz, krajowy cudzoziemcze! Nieś to do zakładu.

  WQGPZXM WQQJQGM WQZXYBM WJXPPXM WJGZGVM