Kwiat tuberozy
Poznanie Cisów zajęło Judymowi tyle czasu i tak go absorbowało...
Poznanie Cisów zajęło Judymowi tyle czasu i tak go absorbowało, że o zwiedzeniu szpitala nie było mowy. Co dnia prawie obijał się o jego uszy ten wyraz: „szpitalik”. Dr Węglichowski kilkakrotnie wspominał mu wśród innych wiadomości:
- Pamiętaj, kochany panie, że masz pod sobą szpitalik...
- Może byśmy go mogli obejrzeć... - gorączkował się Judym.
- Nic pilnego! Poznaj no kolega zakład, tamto rzecz uboczna. Mówię dlatego, że i tamto...
Tak schodziło. Nareszcie pewnego dnia doktor nie mógł wytrzymać. Rozpytywał się delikatnie, gdzie ów szpital się mieści, i poszedł sam, żeby przynajmniej zobaczyć rozmiary i jakość budynku. Nadzieja pracy samoistnej w swoim, niemal własnym szpitalu nęciła jego entuzjazm.
Za bramą parku rozchodziły się pod kątem prostym dwie ogromne aleje lipowe Jedną z nich przybywało się do Cisów ze świata, od strony kolei - druga prowadziła do pałacu, kościoła i szpitala. Było tej drogi więcej niż wiorsta, drogi szerokiej, ale bagnistej. W chwili kiedy ją Judym przebywał, podsychała już,
ale jeszcze tu i ówdzie gładko z wierzchu zmulona i wymyta glina pod nogą rozstępowała się i lgnęła do niej bryłami. Wielkie drzewa stojące nad tą drogą już okrywały się liśćmi; w rowach szumiały strumienie płynnego iłu, szybko z góry biegnące.